Człowiek lubi podejmować wyzwania. Czasami są to zadania karkołomne, tylko dla wyjątkowych jednostek, kierujących się życiowym mottem  „go where others fear to tread…”, innym razem może to być chęć sprawdzenia się, zdobycia nowego doświadczenia, po prostu ciekawość. Kurs wrakowy techniczny może być wyzwaniem, w zależności od tego co przyciąga zainteresowanych, jakie motywacje sprzyjają podjęciu tej decyzji i jakie są oczekiwania wobec  prowadzącego . Nasz wybór instruktora w zakresie Technical Wreck Diver, oczywiście, nie był przypadkowy. Do Pawła Poręby, chyba, nikt nie trafia przypadkiem. Krzysztof miał już pewną wiedzę  z kursów z Pawłem , ja nie, i  byłam najzwyczajniej ciekawa … W zasadzie, czując niedosyt wrakowy, to właśnie ja wymyśliłam ten tygodniowy czasoumilacz Decyzja zapadła. Przed wyjazdem podpytywałam Krzyśka o  kursowe  skills’y. wymieniał różne… dodając najczęściej „a najgorsze będzie …” po chwili doszliśmy do wniosku, że wszystko będzie najgorsze i z tym masochistycznym założeniem pojechaliśmy na kurs , w końcu trzeba poczuć, że się żyje …

„Those people who tell you not to take chances
They are all missing on what life's about …”

 Idea była taka: niezależnie od tego jak wypadnie kurs, jedziemy po wiedzę, praktykę i doświadczenie. Te cele były dla nas najważniejsze. Kurs trwał prawie tydzień. Chętnie, z dziecięcą naiwnością zgadzaliśmy się na dodatkowe ćwiczenia… . Oprócz tego pewne ćwiczenia kursowe wywoływały więcej trudu, niżby się mogło to wydawać po przeczytaniu standardowych wymagań kursowych. Nie byliśmy tym szczególnie zaskoczeni, chociaż, jeśli o mnie chodzi, to, niestety, mam słabą wyobraźnię ,  np. OOG - 18 m – co w tym może być skomplikowanego … . Na basenie robimy bez płetw  25 m. To zadanie wydawało mi się łatwe… a jednak … okazało się najtrudniejszym. I to nie ze względu na to, że w innych nieco warunkach, że overhead …, dla mnie problemem były zakręty, przejścia, zmiana głębokości … a przede wszystkim to, że w improwizowanej sytuacji  zawsze mam gaz pod ręką. W takim przypadku, w trudnych momentach, automat, mój najserdeczniejszy przyjaciel, zawsze jest gotów i kusi, żeby po niego sięgnąć . Nie chcę tu budować napięcia jak u Hitchcock’a, więc nie opiszę jakie inne wersje tego ćwiczenia poznaliśmy... ;-)  Nie wszystko udawało się, na szczęście mieliśmy po kilka ”żyć”.  Jak w grze, kiedy coś się nie udało wyobrażałam sobie napis „game over”, a zaraz potem „reload”  . To dodawało sił i optymizmu. Było też trochę lżejszych scenariuszy, np. kiedy Paweł złapał mnie w siatkę i przywiązał do wraku . Wyglądałam jak Frodo w sieci Shelob’y, ale ja umiałam się z niej wyplątać. Niektóre zadania wykonywaliśmy w ślepej masce - to  dobrze, bo czego oczy nie widzą tego się nie boją (jeśli o mnie chodzi) .  Szłam ufnie, wszędzie,  gdzie poręczówka mnie wiodła, raz prosto, raz głową w dół i z powrotem, przez ścianę (dla zainteresowanych, w Groźnym jest takie miejsce) i  rozdroże … dobrze, że nie widziałam, że nic nie widać :). Na kursie nie odczuwałam stresu, Paweł jest dla mnie wiarygodnym instruktorem, więc moje zaufanie wobec niego dawało poczucie komfortu. Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości co do instruktora, i przede wszystkim, co do moich możliwości psychicznych i fizycznych, nie zdecydowałabym się na ten kurs. Za Krzysztofa się nie wypowiadam, jednym słowem, to twardziel  i prymusik .

Nurkowanie, które zakłada wejście do wraku na tyle daleko, że nie widać wyjścia, czy wręcz penetracja, przeszukiwanie wraku, jest nurkowaniem niebezpiecznym. Jest to kwestia oczywista.  W czasie kursu można poznać namiastkę warunków jakie mogą się zdarzyć w rzeczywistości. Przebywając w danym środowisku, można zdobyć kilka doświadczeń, nauczyć się pewnych zadań manualnych, spojrzeć na siebie „od środka”, ale wszystko to nie daje gwarancji powodzenia w czasie realnie podejmowanych wyzwań.   

Niedługo pewnie pojawi się filmik z wrakowym mix’em. Adamoss, nasz grupowy kamerzysta i fotograf rozpracowuje długi materiał filmowy i stara się z niego wyłowić to co najciekawsze. Taki efekt   wymaga jednak czasu, wiadomo, doskonałych rzeczy nie tworzy się w tydzień …

 

Monika Smolinska