Kiedy pojawiła się okazja współudziału w przedsięwzięciu ekipy z BalticTech, polegającym na identyfikacji i inwentaryzacji niedawno odkrytego wraku żaglowca, podjęcie decyzji zajęło nam nie więcej niż parę sekund.

Ponieważ moi przełożeni w firmie zdążyli już przyzwyczaić się do tego, że nurkowanie jest u mnie priorytetem zatem moje stwierdzenie jutro „wyjeżdżam na Bałtyk” nie wzbudziło specjalnego zdziwienia…

 


 

Wypłynięcie było ustalone na rano, z portu w Helu i tak też się zjawiliśmy. Pogoda była słoneczna, choć trochę wiało. Początkowo, nie licząc wszędobylskich mew, byliśmy sami, aż po chwili dojechał Jarek Kur, a zaraz po nim Tomek Stachura i razem czekaliśmy na łódź. Niedługo zza główki portu wyłoniła się sylwetka Litorala.

 

 

Po krótkim przywitaniu i podpisaniu listy zaczęliśmy przenosić sprzęt na pokład. W trakcie tej krzątaniny dołączyła do nas Pani Iwona Pomian, archeolog z Centralnego Muzeum Morskiego.

 


 

Po zakończeniu układania sprzętu przyszedł czas na odprawę, którą poprowadzili Tomek Stachura i Łukasz Piórewicz, przekazali najważniejsze informacje, o położenia statku i możliwych warunkach, które mogły nas spotkać na dole. Iwona wprowadziła nas w szczegóły budowy żaglowców i dawała wskazówki na co mamy zwracać szczególną uwagę podczas pobytu na dole. Po tym omówieniu podzieliśmy zadania pomiędzy zespoły. Nam przypadło zbadanie budowy burt i pokładu oraz obejrzenie złamanego masztu w poszukiwaniu emblematów bądź innych szczegółów mogących pomóc w identyfikacji.

 

 

 

Pierwszy zespół miał za zadanie przygotować materiał filmowy i zdjęciowy oraz zbadać budowę części rufowej dlatego ustaliliśmy, że my schodzimy pół godziny po nich. Przyszedł zatem czas na przygotowanie, sprawdzenie sprzętu oraz spokojne ubranie się.

 

 


 

Na szczególną uwagę zasługuje to, że zarówno łódź jak i załoga Litorala przygotowane są perfekcyjnie do takich akcji. Nie chodzi nawet o same udogodnienia typu winda dla nurków czy wygodne obszerne ławki, ale, przede wszystkim, doświadczenie załogi i jej nastawienie. Alek doskonale ogarnął logistykę i z jego pomocą przygotowanie do samego zejścia, czy przejście z trzema stejdżami nie stanowiło najmniejszego problemu.

 

 

Pomoc Wojtka Jechny w całym przedsięwzięciu była nieoceniona a podkreślić trzeba to, iż wziął udział w akcji na zasadzie non profit.

 

 

Wreszcie nadszedł czas na nas. Zjazd windą, krótkie dopłynięcie do boi, szybkie ogarnięcie i znak zanurzenia. Zatrzymujemy się na chwilę na 6m, wzajemna kontrola sprzętu, porównanie wskazań handsetów i jedziemy. Początek zanurzania wywołał u nas euforię – piękna wizura, praktycznie zero prądu, rewelacja… mówię sobie „to będzie super nurkowanie”. Ten radosny nastrój trwał mniej więcej do 40m, odtąd mina zaczęła mi pomału rzednąć… im głębiej tym wizurka coraz gorsza, by w okolicach 60m spaść do około 1,5-2m dodatkowo prąd robił się coraz silniejszy wraz zanurzaniem i na ostatnich metrach opustówka zmieniła się raczej w poręczówkę… no nic, pomyślałem, bałtycki standard.

Po 3 minutach dotarliśmy do wraku, na 62m , od razu spotkaliśmy pierwszą ekipę, która zbierała się już powoli do wynurzania. Wymiana „okejek” z nimi, pomiędzy sobą natomiast ustaliliśmy pozycję opustówki względem wraku, jego położenie i zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku dziobu i realizacji naszej części zadania.

Ze względu na silny prąd wygodniej było płynąć poniżej krawędzi burty, ale w ten sposób nie wykonalibyśmy część zadania, którym było m.in.. zbadanie budowy samego pokładu. Płynąc z dużą poprawką na prąd, już po paru metrach zorientowałem się, że podczas tego nurkowania, zaraz po Monice, to sekator będzie moim najserdeczniejszym przyjacielem. Przy tak słabej widoczności, by cokolwiek zaobserwować, trzeba było płynąć tuż nad pokładem, który usiany był linkami wędkarskimi dość gęsto. Tragedii nie było, ale ponieważ trzeba było płynąć trawersem i oglądaliśmy coś więcej niż tylko linki, to te potrafiły wyłaniać się denerwująco blisko i niespodzianie w poświacie latarki. Były fragmenty, gdzie drogę musieliśmy sobie wycinać, ale to zapewne wrażenie wywołane słabą widocznością, która spadała miejscowo jeszcze bardziej, kiedy próbowałem oczyścić fragment pokładu z mułu i osadów. Po kilkunastu minutach zdecydowaliśmy się zejść na burtę i do dna oglądając budowę jej poszycia. Niestety było dość grubo porośnięta, a ponieważ nie chciałem uszkodzić wraku czyściłem ją jedynie rękawicami – nie przyniosło to niestety oczekiwanego rezultatu i nie ustaliłem z całą pewnością, jak zbudowana była w tym miejscu, jest to jeden z tematów do powtórzenia następnym razem.

Monika dała znak, że chciałaby jeszcze raz wrócić na pokład bo zauważyła coś ciekawego, kiedy dopłynęliśmy okazało się, że to jedynie przewrócony kawał belki drewnianej. No nic mija 35-ta minuta nurkowania – czas wracać do opustówki. W prądzie i przy wycinaniu sobie drogi przez linki zajęło nam to 10 minut. Monika wypatrywała martwego dorsza zaplątanego w jedną z linek, który w pierwszych minutach przywitał nas na wraku i stał się swego rodzaju punktem odniesienia w tej słabej widoczności. W końcu jest dorsz, a po chwili i błyskacz zostawiony przez pierwszy zespół na opustówce.

Faza denna tego nurkowania trwała 42 minuty i odbyła się w zakresie głębokości 61-64m.

Porównujemy wskazania komputerów, ustalamy przystanki dekompresyjne, odczepiam i zabieram błyskacz, w 45-tej minucie zaczynamy wynurzanie.

Podczas dwugodzinnej dekompresji mieliśmy czas na przeanalizowanie i poukładanie sobie w głowach tego, co zobaczyliśmy i co udało nam się ustalić. Niestety nie starczyło czasu na dokładne obejrzenie masztu, który leży złamany pod pewnym kątem do osi podłużnej pokładu.

 

 

Wynurzenie i znów nieoceniona pomoc Alka przy wychodzeniu na pokład i rozbieranie się ze sprzętu. Gorąca herbata i wymiana wrażeń pomiędzy zespołami. Kiedy dopłynęliśmy do portu ustaliliśmy, że spotkamy się w muzeum by przejrzeć materiał zebrany przez Tomka, Łukasza i Jarka oraz naszkicować to co wszyscy widzieliśmy, a czego nie ujęły kamery i aparaty.

 


 

Tutaj znów wielką pomocą wykazała się Iwona, która potrafiła zidentyfikować nawet niewyraźne kształty i przypisać im określoną rolę na pokładzie.

Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nurkowanie trzeba powtórzyć i zweryfikować oraz uzupełnić obserwacje, które tym razem utrudniały nam warunki.

Do tej pory, w zasadzie, wszystkie nasze nurkowania wrakowe nosiły znamiona wycieczki, nurkowaliśmy by zobaczyć fragment jakiejś historii ukrytej pod falami Bałtyku. Tym razem jednak towarzyszyło nam przez cały czas niesamowite poczucie uczestniczenia w czymś ważniejszym, nie tyle oglądanie części historii, ale wręcz jej odkrywanie. Wrażenie to potęgowała aura tajemniczości samej jednostki, która, w połączeniu z niełatwymi warunkami, zdawała się  mówić: ”chcecie się czegoś o mnie dowiedzieć?… - nie tym razem jeszcze. Musicie wykazać się większą determinacją”.

Wyjeżdżaliśmy z Helu podekscytowani i pełni domysłów na temat roli statku, jego celu podróży no i oczywiście nazwy…

Z niecierpliwością czekamy na kolejne hasło o wyjeździe i już przygotowujemy sobie w myślach plan tego co będziemy robić na dole…

 

Wszystkie zdjęcia wykorzystane w tej relacji są autorstwa Arkadiusza Srebrnika z Centrum Techniki Nurkowej Piórewicz – więcej fotek na fejsbukowym profilu Centrum.

Nurkowie z pierwszego zespołu:

Tomasz Stachura

Łukasz Piórewicz

Jarek Kur

 

Dziękujemy Wojtkowi oraz Alkowi za profesjonalne zabezpieczenie wypłynięcia i reszcie ekipy za rewelacyjną atmosferę podczas całej akcji.

Monika i Krzysiek Smolińscy