Wiem, tytuł brzmi prowokacyjnie. Jestem kobietą, matką, żoną, nurkiem, mam za sobą jakieś 100 nurkowań, część w Egipcie, Chorwacji, większość w Polsce. Polubiłam ten sport od razu, lubię nasze ciemne wody i czuję się w nich w miarę komfortowo. Właśnie to "w miarę" jest kluczowe dla oceny tego czym był dla mnie kurs GUE Fundamentals.

Nigdy nie interesowałam się organizacjami nurkowymi, tzw. środowiskiem, do niedawna nie wiedziałam że istnieje GUE? DIR to był dla mnie 2 metrowy wąż do którego przekonałam się na szkoleniu P2, gdy okazało się że łatwiej dzielić się gazem. Jakiś czas temu na testach sprzętu poznałam Wojtka Filipa, akurat nie nurkowałam, przyglądałam się tylko jak prowadzi zajęcia, to o czym mówił wydawało się logiczne i spójne. Po jakimś czasie mój mąż Przemo zrobił u Doroty Czerny fundamenty, wrócił i stwierdził, że dobrze byłoby gdybym ja też odbyła taki trening, mówił, że pewniej się poczuję i będzie to dobre dla nas obojga. Ponieważ nie interesowało mnie nurkowanie techniczne, zdobywanie wielkich głębokości, doszłam do wniosku, że wystarczą mi warsztaty, plastiku nie potrzebuję. Ze względów towarzyskich (koledzy z Potatos chcieli mieć formalny kurs) stanęło jednak na tym, że robimy Gue Fundamentals.

Podeszliśmy do tego we trójkę Grzesiek, Jacek i ja, czułam się najsłabszym ogniwem w tej grupie, dwóch doświadczonych i opływanych facetów, prawie maniaków nurkowania, i ja, kobieta która nurkuje dopiero dwa lata. Na szczęście wiedziałam czego się spodziewać, Przemo trochę mnie przygotował, sugerował jakie powinnam mieć podejście, powiedział coś w rodzaju: idź i dobrze się baw, dasz radę ze spokojem, a jak nie

zaliczysz od razu, to nie będzie tragedii. Tak też postanowiłam zrobić. Mimo, że od jakiegoś czasu nie mogłam się już tego doczekać, to czułam lekki niepokój, dzień przed kursem jakoś mnie puściło i złapałam odpowiedni luz.

Przyjechał Wojtek i od razu się zaczęło, pół dnia wprowadzenia co to jest GUE, na czym polega nurkowanie zespołowe itd., późnym popołudniem weszliśmy w końcu do wody, zostaliśmy sfilmowani. Po wyjściu, dokładnie omówiliśmy nasze pozycje i otrzymaliśmy delikatne sugestie co i jak poprawić, okazało się, że niezbędne są pewne zmiany w regulacji obejm przy twinie, pasów w uprzęży, balastu itp.. oczywiście za wszystko wzięłam się sama, teraz wiem jakie narzędzia musimy mieć w skrzynce.

 

 

Zajęcia były prowadzone tak, że do wszystkich wniosków dochodziliśmy sami, Wojtek bardziej nas naprowadzał niż podawał gotowe rozwiązania, największy nacisk kładł na funkcjonowanie zespołu, byliśmy nim właściwie przez cały czas, ciągle dyskutowaliśmy co i jak zrobić, co jeszcze poprawić. Instruktor uświadamiał problem, my szukaliśmy rozwiązania. Mam za sobą podyplomówkę z zarządzania projektami i widziałam w tym wiele analogii.

Po regulacjach, zmianach w balaście i wszystkich tych sprzętowych ceregielach przyszedł czas na to, co wydawało mi się najtrudniejsze w kursie, a więc kręcenie zaworami, zmiany maski w toni, tzw. skilsy. Zdziwiłam się, bo zrobiliśmy to bez większych problemów, pozostała praca nad procedurami związanymi z funkcjonowaniem zespołu. Byliśmy tragiczni, nic nie wychodziło, co nurek to wylot na powierzchnię, każdy wylatywał z innego powodu, chaos, bałagan i wstyd. A Wojtek widział plusy, słyszeliśmy tylko: to zrobiliście bardzo ładnie, na to zwróćcie uwagę, to lepiej robić tak, itp., zaledwie kilka razy stanowczo podkreślił wagę przestrzegania reguł.

W końcu znaleźliśmy sposób na wszystkie problemy - DIAMENT, eureka, od tej chwili w momencie bałaganu, chaosu, czy braku dyscypliny lider nurkowania łącząc kciuk do kciuka i palec wskazujący do wskazującego wzywał zespół do przyjęcia pozycji zwanej diamentem, czyli, opanowanie, stabilizacja i wisimy, patrząc sobie w oczy, ustalamy co dalej (znaki, notesy). Wyraźnie nam to pomaga, chyba stajemy się zespołem? Od tej chwili wszystko zaczyna iść lepiej, docieramy się, na każdym nurkowaniu ktoś inny zostaje liderem, i również ja muszę zapanować nad zespołem, wymaga to wprawdzie jednej konkretnej rozmowy z Jackiem ale udaje się. Dobrze, że znaliśmy się wcześniej bo obyło się bez niepotrzebnych napięć.

W czwartym dniu problemem staje się zmęczenie, pracujemy od 7 rano do 24, nie ma czasu nawet na jedzenie, przez cały kurs zjedliśmy chyba jeden normalny obiad, może dwa. Dobrze, że swój kurs skończył Przemo i jest na miejscu, dba o prowiant, ciepłe napoje i logistykę, zmywa nawet naczynia (!), możemy maksymalnie skupić się na kursie. Wojtek, chyba się nakręcił, chce zrobić z nas najlepszy zespół na świecie, ciągle mówi, tłumaczy, pyta, każe liczyć, omawiać, analizować, padam na twarz.

W ostatni dzień czyścimy detale i robimy ostatniego, wzorcowego nurka, wypadło na mnie i jestem liderem. Teraz to pestka, działamy odruchowo jak tryby jednej maszyny, pojawia się automatyzm. Wszystko poszło zgrabnie i po nurku odebraliśmy gratulacje od Wojtka, chyba naprawdę był zadowolony z naszych postępów, myślę, że szczerze się tym cieszył, a my, ciągle widzimy tylko niedociągnięcia.

Co mi dał ten kurs? Większe zaufanie do siebie, dużo wiedzy z zakresu planowania nurkowań, zdecydowaną poprawę techniki (w końcu back kick !!!), wiarę w zespół i co najważniejsze, potrafiłam zapanować pod wodą nad dwoma osobnikami alfa (myślę, że się nie obrażą?). Jako kobiecie, było mi trudno znieść to fizycznie, szybkie tempo nie dawało czasu na regenerację, schudłam parę kilo. Ale wiem, że było warto, mam ogromną satysfakcję, dużą przyjemność sprawił mi Grzesiek gdy parę dni po kursie w rozmowie z Taternikiem powiedział, "..z Olą mogę iść na każdego nura bo wiem, że gdy będzie trzeba, będzie wiedziała co robić i mi pomoże". Ja o moich partnerach z zespołu mogę powiedzieć to samo, na kłopoty mamy DIAMENT.

 

Teraz zaczęłam nawet myśleć o kursie Tech1, nie straszne mi są głębokości, trimix czy stage. Wiara w siebie czyni cuda. Jak mówił Wojtek wszystko siedzi w głowie, trzeba tylko umieć nad tym zapanować, uspokoić się, zwolnić oddech i robić swoje. Nurkowanie ma być przyjemnością, niczym innym. To nie prawda, że kiedy jest się kobietą nie można robić tego co faceci. Ważne by spełniać swoje marzenia.