Był piękny kwietniowy poranek, kiedy gnałem na umówione spotkanie w Kartuzach. Na rynku czekał już na mnie Tomek Stachura – właściciel SANTI z dwoma Holendrami, którzy przyjechali przetestować jego ocieplacze, oraz nasze wody. Pierwsze kilka kilometrów od Kartuz leży miejscowość Chmielno z licznymi jeziorami. To w nich właśnie “Chłopaki z Wybrzeża” trenują, kiedy Neptun robi sobie imprezę na Bałtyku.

Mają tam kilka zatopionych platform, przyczepę campingową i sporo innych gratów jak w innych miejscach, w których nurki dla zabicia nudy jeziorowego mułu budują swoje podwodne gratowiska. Niestety widoczność jak to wiosną: 1-2 metry. Wieczorem fajna wiadomość: rano płyniemy na wraki. Szybko do Łukasza Piórewicza napełnić twiny, rano o 7.30 czekał już na nas w porcie jachtowym Litoral, jedna z najlepszych łodzi dla nurków na Wybrzeżu. Zwykle zabiera 8-10 osób, tym razem zebrało się 16 wrakowców z Trójmiasta. Wszyscy IANTD, argony, stage, twiny 2x15, suchacze SATNI i lampy SALWO, pięciu ze skuterami. Kapitan – Wojtek Jechna popatrzył z zaciekawieniem na moje CMAS-owskie plastiki i rzucił tylko: grunt, że nie PADI, wchodź na pokład ;-) W planach lajtowo – Pogłębiarka i Tankowiec, czyli fajne wraki poza Zatoką, stosunkowo płytko (38 i 32 m), w miejscu o zwykle dobrej widoczności. O 8 z hakiem wyruszamy.  I tu ogromne zaskoczenie: prócz pięknej słonecznej pogody, Bałtyk nawet poza Zatoką okazał się płaski, bez najmniejszej zmarszczki, o fali nie wspominając! Pierwsza po drodze – Pogłębiarka.

 


 

Przegnaliśmy jakiś wędkarzy, którzy z pełną determinacją próbowali złowić choćby połówkę dorsza. Płaski Bałtyk umożliwił swobodne wejście do wody, i spokojne dopłynięcie do boi od niezacumowanej jednostki (co zdarza się pewnie raz na kilka lat). Pod powierzchnią od 10 metra piękny widok – Pogłębiarka  leżąca na prawej burcie widoczna w całej okazałości. Widoczność pod wodą fachowcy  ocenili na 30 metrów! Wśród licznych części wystających z pokładu śmigały ogromne dorsze. Aż żal tych biednych wędkarzy, robionych przez te ryby w coś tam, którzy przejechali pół Polski, wyżebrali od żon ten 1 wyjazd w roku,  wydali ostatnie zaskórniaki, żeby potem wrócić do portu i kupić kilka smutnych filetów. Powrót na Litoral – czysta przyjemność – żadnych fal, żadnej drabinki, tylko winda na pokład, szyper zdejmuje płetwy i na ławeczkę. Warunki jak na Bałtyk uzdrowiskowo-sanatoryjne, by nie rzec geriatryczne. Za godzinę jesteśmy nad Tankowcem.

 


 

Ten sam scenariusz: ci sami wędkarze, to samo ich beznadziejne zaangażowanie...nasze lajtowe wejście do wody, po 10 metrach widok całego wrak u stóp w płetwach. Ogromne wrażenie robi kilkumetrowa kotwica wisząca u dziobu wraku. Tu dorszy jeszcze więcej i jeszcze większe i jeszcze większy żal wędkarzy. Czas pobytu pod wodą obu nurkowań –  po ok. 40 min. Powrót do Gdyni zajął nam kolejne kilka godzin, do portu wpłynęliśmy ok. 20 (czyli 12 godzin w morzu). Poznałem kilka fajnych patentów, które bałtyccy wrakowcy stosują, m.in: bojki strzelają (tylko w przypadku awarii) dmuchając ustami w bojkę z ustnikiem, bez zaworu nadmiarowego, przywiązaną na stałe do szpulki – takich zestawów mają min. 2 po jednym w kieszeni suchacza. Wbrew szkoleniom wrakowo-morskim prowadzonym przez nurków jeziorowych, praktycy morscy nie używają do strzelania bojki wielkich kołowrotków - w razie awarii wynurzają się do 21 metrów i stamtąd strzelają bojki ze szpulki 30 m. Powodów jest kilka, do mnie trafiły dwa: 1. w razie awarii, w stresie łatwiej wyciągnąć małą bojkę z kieszeni, zdjąć gumę i po prostu dmuchnąć w zawór, niż bawić się w montowanie zestawu z ciężkim kołowrotem; 2. w praktyce, kiedy trzeba zostawić szpulkę (a tak czasem bywa) łatwiej się pozbędziemy taniej szpulki niż drogiego kołowrotka. Inne patenty: wszyscy pod lewym skrzydłem mają przypiętą argonówkę, często napełnioną powietrzem. Chodzi o to, że wrakowscy z bałtyku często pływają na trymixie, a ten z racji helu to gaz zimny, który dodatkowo wychładza organizm, a argon lub powietrze wolniej przewodzą ciepło i nurek nie marznie tak szybko.

 


 

Ale mają dodatkowy wężyk z twina do suchacza, w przypadku, gdyby powietrze z tej 1,5 l argonówki się skończyło. Nie poręczują wraku – jedynie kiedy wpływają do wewnątrz, lub ew. z opustówki do wraku. Ciekawy jest też sposób poręczowania – nie owijają kilka razy wokół np. słupka tylko jeden raz z obwiązaniem od spodu (nie zsuwa się linka), a kołowrotek po zamknięciu zaczepiają o linkę karabinkiem w kierunku do powrotu.  Rzadko używają też pod wodą kompasów – zwykle stalowe wraki i tak zaburzają ich działanie. Odmienny od jeziorowego jest też sposób korzystania z komputera – wrakowcy używali go jedynie w trybie Gauge (zwykle dublując). Po prostu wiedzą zawsze na jaką głębokość schodzą, robią rozpiskę na powierzchni i potem się jej trzymają – komputer nie steruje nimi w kwestii przystanków itp. Nawet po naszym 32-38 metrowym nurkowaniu pierwsze przystanki tradycyjnie robiliśmy na 21 metrach. Ze sprzętu dominowały: Suchacze SANTI, latarki SALWO 21, backupy – GRALMARINE, skrzydła AGIR-y i HALCYON-y, kołowrotki SALWO. Oczywiście konfiguracja DIR. Miło było posłuchać słów uznania od gości z Holandii – zachwalali nie tylko nasze morze, pogodę i wraki, ale przede wszystkim świetną organizację na statku, przyjazną atmosferę w Polsce i profesjonalizm i uczynność naszych nurków.

Na drugi dzień był Franken, ale niestety nie dane mi było go zobaczyć. Mam nadzieję, że w przyszłym roku.

 

Andrzej TATERNIK Stachura